Menu

Żona, ja i reszta świata

Branżowy głos w Twoim domu

Z nowym rokiem

natalia_oreiro

Drogie i miłe Czytelniczki Płci Wszelakich, które tu wytrwale zaglądacie, zostawiacie komentarze i zaczepiacie mnie w mailach pytając kiedy wrócę: witajcie.

Zapewne zastanawiacie się, dlaczego tak długo, skąd to cholerne milczenie (prawie roczne!) i co słychać - albo nie zastanawiacie się za bardzo, tylko zaglądacie tu z przyzwyczajenia i z rozpędu, nie licząc za bardzo na nowe notki. Enyłej, fajnie że jesteście.

Przytkało mnie potężnie, bo ostatni rok, licząc od października, był chyba najtrudniejszym i najbardziej upierdliwym okresem w moim życiu.

W skrócie:

W październiku przeniosłam się do Pieskiej Niewoli, żeby zaopiekować się Mamą Żony po operacji wycinania dziadostwa z mózgu. W listopadzie było zupełnie nieźle, teściowa stopniowo i powoli zaczęła odzyskiwać sprawność. Nauczyłam się rąbać drewno i przeszłam chrzest bojowy jako palaczka w piecu CO.

W grudniu zdrowienie Mamy Żony jakby zwolniło (choć Pan Doktor Neuro na kontroli w szpitalu ocenił, że wszystko gra), a ja zaczęłam pomalutku fiksować: zimno, ciemno, do Żony daleko; niby wszystko miało iść ku lepszemu, ale jednak coś zgrzytało.

W styczniu było już zupełnie źle: ja w przepastnym dole, Żona zapracowana dwieście kilometrów ode mnie, widywałyśmy się tylko w smętne weekendy; Tato Żony był jakiś niewyraźny, Mama Żony też nie lepsza. Wynaleziony w mądrej gazecie artykuł mocno mnie przeraził, bo Teściowa wykazywała bardzo niepokojące objawy, które w tekście zdiagnozowano jako oznaki poważnej choroby. Doktor Wolnochodziec, lekarz rodzinny, którego wypytałam szczegółowo, nic mądrego nie wymyślił.

W lutym Teść miał się lepiej, Teściowa gorzej, Pani Doktor Najlepsza przepisała jej piguły, które pomogły, ale wykazała pewien niepokój. W marcu prześwietlenie szanownego mózgu mojej Teściowej dało bardzo niefajną diagnozę (niestety miałam rację). Operacja była w kwietniu: znów łyse włosy, cztery nowe dziury w głowie i rurka wychodząca z mózgu. Złącze USB za uchem nie zostało zamontowane.

W kwietniu u Mamy Żony niby pojawiła się poprawa, ale bez rewelacji: choroba numer dwa dokonała spustoszenia. Żona ledwo zipała, wyczerpana stresem, nieustannym pokonywaniem setek kilometrów, strachem i nawałem wszystkich innych spraw. W maju Tato Żony złamał to, co zwykle sobie łamią starsze osoby, czyli szyjkę kości udowej. Pogotowie, szpital w Sąsiednim Mieście, operacja, transfuzje (Pan B. i banda żoninych adeptów z jogi na Rozbracie sprawdzili się znakomicie w roli honorowych krwiodawców), potem szpital w Pieskiej Niewoli, gdzie Tato Żony zmarł na początku czerwca.

Potem ponure bieganie po urzędach i użeranie się z pazernym i chamskim klerem katolickim oraz pogrzeb i stypa, która wywołała rodzinny skandal. Mama Żony nie w rozpaczy, bo no nie w jej stylu, ale cholernie, rozdzierająco smutna. Żona jak wyżej. Ja już bez sił na dalsze dołowanie.

Lipiec i sierpień: stabilizacja i powolne ogarnianie nowej rzeczywistości. Już wiemy, że Mama Żony nie będzie samodzielna. Znajdujemy jej opiekunkę, a ja planuję powrót do Poznania po roku spędzonym w Pieskiej Niewoli. Choć "powrót" to za dużo powiedziane, skoro nadal będziemy tu przyjeżdżać na pół tygodnia, a przez drugie pół wyręczy nas opiekunka. Ale Pieską Niewolę to sobie wykrakałam: naprawdę czułam się jak pies w zamknięciu. (A Tarantina też nie lepsza, bo wynalazła drink o wdzięcznej nazwie Trepanacja, którym uraczyła nas dwukrotnie.)

Nastąpiło dużo zmian, miałyśmy obie, Żona i ja, wieczny zakręt w głowie i mało czasu dla siebie, mnóstwo stresu, strachu i innych niefajnych uczuć i odczuć. I jak ja w tych warunkach miałam pisać bloga? Nie umiem żalić się całemu światu, nie chciałam opisywać tej rzygawicznej chorobowo-szpitalnej rzeczywistości. A przede wszystkim nie chciałam mieć pamiątki z tego okresu, który z dzisiejszej perspektywy widzę jako jeden wielki ciąg palenia w piecu (do maja!), podawania leków, wstawania w nocy, tęsknoty za Żoną, rozdzierających pożegnań na dworcu i poczucia beznadziei. Na diabła mam pamiętać szczegóły?

A dziś według kalendarza żydowskiego jest ostatni dzień starego roku; po zachodzie słońca zacznie się nowy, 5774. I to jest dobry moment żeby coś zamknąć i jednocześnie coś rozpocząć, oddać długi, choćby symboliczne i pomyśleć, że będzie lepiej. Bo źle już było.

 

Szana Towa, niech nowy rok będzie dobry i słodki.

Komentarze (10)

Dodaj komentarz
  • koffiejames

    Kochana Nataljó i Żono - dałyście radę! Nie wiem co powiedzieć, strasznie zjebany rok miałyście i niewiele pomocy, ale się nie poddałyście, teraz musi być tylko lepiej. Nie inaczej. Kurwa mać - będzie dobrze :)

    A co do stypy, to ja się nie dziwię, sam tam byłem i wódkę piłem. Może napiszę jeszcze o tym notkę - bo to była wzorowa lewacka - stypa! A i pośpiewaliśmy sobie odrobinkę dla ojca - tak trzeba żegnać ludzi bliskich - zmarłemu by się na pewno podobało.

  • juni_k

    :-* i do przodu! Nie mogę się doczekać spotkania w Poz! :-)

  • veni23

    Witojcies nazad! Nie wiem, co dalej powiedzieć, bo dużo się nasuwa. Aczkolwiek finalnie wysyłam dobre fluidy.

  • 11aniamat

    Rzeczywiście, długo Cię nie było, a ja ciągle wierzyłam, że powrócisz.
    Oby ten rok spokojniejszy był!

  • ta_rantina

    Zawsze będziesz moją przyjaciółką- za dużo o mnie wiesz.

  • Gość: [maćq] *.warszawa.vectranet.pl

    oczy mi się trochę spociły. dużo dużo lepszego!

  • Gość: [is-sa] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Natalio, WIELKI CZŁOWIEKU, szacunek.

  • squirk

    Lejdis, mocno trzymam kciuki, niesamowite jesteście. Wielkie uściski dla Was.
    :-)

  • Gość: [MiP] *.bb.sky.com

    Cześć dziewczyny! Nie znam Was i jestem tutaj po raz pierwszy. Zaraz obczytam więcej bo podoba mi się tutaj. A co do tej historii, to strasznie mi przykro i podziwiam Waszą siłę. Przesyłam Wam więcej pozytywnej energii i życzę żeby wszystko się ułożyło. Pozdrawiamy.

  • Gość: [roroism] *.217.158.203.coditel.net

    xxx
    pzdr
    ro

© Żona, ja i reszta świata
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci