Zakładki:
Druga ja
Dziarskie
Efemeryczne
Nieżywe
Znakomite pomysły
![]() ![]() ![]() ![]()
|
czwartek, 10 maja 2012
Bauman i pasztet
Kochany pamiętniczku, dziś w nocy miałam dziwny sen. Śniło mi się, że jestem na jakimś przyjęciu, a Zygmunt Bauman robi mi kanapki. Z sałatą i pasztetem. I zupełnie nie rozumiem: skąd ten pasztet? Czy powinnam zacząć się martwić?
poniedziałek, 07 maja 2012
Mysz pod kloszem
Posiadanie kota wychodzącego (zwanego też kotem z dużym wybiegiem) ma mnóstwo zalet i jedną ogromną wadę. Koty bowiem mają skłonność do podkarmiania swoich właścicieli różnymi rodzajami dziczyzny upolowanymi w ogrodzie, zagrodzie i okolicach. Kot znajomej, notabene również zwany Kitą, lubi jej przynosić martwe myszki o poranku i układać je w równym rządku na parapecie okna. Nasz kot Kita też poluje z werwą i zamiłowaniem. Jeszcze jako kotka karmiąca uczyła swoje dzieci polowania metodą poglądową, to znaczy złapała młodą kawkę żeby młódź widziała, że te czarne latające też się da jeść. Poza tym Kita jest opiekuńcza również wobec ludzi. Zwykle wtedy, kiedy w domu rodziców Żony jest jakieś większe zamieszanie typu porządki, kocica organizuje prowiant na własną łapę i przynosi nam różne frykasy, wychodząc prawdopodobnie z założenia, że skoro sprzątamy, to nie mamy czasu polować i ona nas chętnie wyręczy. Zazwyczaj przynosi gołębie sąsiada, czasem myszy lub nornice z ogrodu. W wigilijny poranek dumna z siebie poczęstowała nas myszką, którą ułożyła zgrabnie na balkonie, tuż pod drzwiami. Ale wczoraj Kita przeszła samą siebie. Kita, z dzikim błyskiem w oku i żądzą krwi tamże, została wystawiona na balkon chwilę potem. Wróciła po kwadransie, już bez prowiantu, i została pochwalona za hojność i łowność, pogłaskana nieco drżącymi dłońmi Żony oraz nakarmiona, bo nic tak nie zaostrza apetytu, jak polowanie. Rodzice Żony zaś darli z nas łacha przez resztę wieczoru.
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Brzydkie słowo na P
Moja Żona to istota niepojęta. Codziennie po wstaniu z łózka ćwiczy. Niezależnie od tego, czy jesteśmy u siebie, czy mamy gości albo czy gościmy u kogoś. Normalnie wstaje i ćwiczy. Ja w tym czasie przewracam się na drugi bok i dośniwam (?) rozpoczęte sny, a ona zasuwa. To kwestia siły woli i niczego innego, ale siła woli to coś, czego brakuje mi najbardziej. Zwłaszcza w kwestii pisania albo robienia czegokolwiek intelektualnego. Odwlekam jak mogę, wynajdując sobie przeróżne zajęcia, odkładam wszystko na ostatnią chwilę, zamiast rozłożyć sobie banglanie na kilka dni. Lenistwo i nygusizm, nazywane niekiedy eufemicznie prokrastynacją. Nie wiem, czy kiedykolwiek z tego wyrosnę, bo miałam tak zawsze odkąd pamiętam. Wypracowania z polskiego pisałam po nocach, na ostatnią chwilę, a potem przepisywałam w pocie czoła, słuchając nocnych audycji w radio. Zeszytów nie prowadziłam wcale, miałam tylko notatki, które teoretycznie należało przepisywać regularnie do świętego Zeszytu Właściwego (Pan od Polskiego uważał brak zeszytu za ogromny grzech, a ja mu nieustannie z tego powodu podpadałam, bo notatki miałam świetne, tyle że w brudnopisie). Na studiach to samo: prace zaliczeniowe oddawałam na pięć sekund przed dedlajnem, albo z lubością słuchałam tego cichego wizgu, z którym dedlajny mijały. I co najgorsze, zupełnie dobrze na tym wychodziłam, bo dopiero mając kij nad głową w postaci złowrogo bliskiego terminu, potrafiłam się porządnie zmobilizować. Wczoraj po raz sto dwudziesty szósty odstawiłam swój ulubiony numer pod tytułem "Idzie dedlajn, posiedzę nad pisaniem do rana, na pewno zdążę". Bo jakby tego jeszcze brakowało, jestem sową w wersji hard, tzn. gdybym mogła, to kładłabym się spać o czwartej, a wstawała w południe. W nocy wszystko wychodzi mi najlepiej: wpisy na blogu same się wymyślają, korekta sama się robi, wszelka pisanina idzie mi sprawnie, mózg zasuwa na najwyższych obrotach. Niezależnie od tego, o której wstałam, rozkręcam się na dobre dopiero wieczorem. Przed piętnastą nadaję się głównie do sprzątania, robienia zakupów i mało wymagającego grzebania w sieci. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie upierdliwa kombinacja sowiości z prokrastynacją. Co z tym zrobić? Czy da się jeszcze mnie przeprogramować na systematyczne działanie o ludzkiej porze, czy jestem już stracona? A najgorsze jest to, że w gruncie rzeczy lubię to działanie pod presją, uwielbiam siedzieć po nocach i kłaść się spać o świcie, choć żona strasznie na mnie fuczy z tego powodu. Wiosną o czwartej już jest szaro i odzywa się taki mały ptaszek, który brzmi jak trzeszcząca gramofonowa płyta. O ten ptaszek kopciuszek:
czwartek, 19 kwietnia 2012
Łódź daje radę
Fotorelacji z łódzkiego Marszu Równości nie będzie, bo z wrażenia zrobiłam tylko jedno zdjęcie. Relacji werbalnej też nie będzie, za to odrobina refleksji - owszem. Czytelniczki zainteresowane przebiegiem/przemarszem demonstracji zapraszam do Koffina, który wszystko wyczerpująco opisał. Poczytałam sobie tu i tam na różnych blogaskach sporo lamentów, że łódzki marsz nie wiadomo po co, nie wiadomo dla kogo, hasła słabe, dialogi niedobre, ludzi mało, kamienice niepiękne i ogólnie padaka. Łódzki marsz odbył się dopiero po raz drugi; widać, że organizatorzy płci wszelakich nie mają za wiele doświadczenia, ale przynajmniej im się chce. Łódź to nie Poznań, gdzie marsz zdążył się już opatrzyć i wpisać w stały kalendarz imprez - tu wszystko jest jeszcze do zrobienia. Myślę, że dla większości osób z Łodzi, tak jak dla Koffina, pokazanie się na marszu we własnym fyrtlu wcale nie jest łatwe. Kilka lat temu ja sama wpadałam w lekką panikę przed marszem i do tej pory nie czuję się zbyt pewnie zasuwając na demo tramwajem, w którym co roku trafiam na jakiegoś debila marudzącego, że mu się pedały nie podobają. W sobotę Koffin panikował dużo bardziej (i dużo głośniej niż ja kiedyś), zarzekając się że nie zamierza dołączać do demonstracji, bo mu życie miłe - a jakąś godzinę po wygłoszeniu tej uwagi wlazł w sam środek marszu. I przeżył. I marsz był po to, żeby kilkudziesięciu takich Koffinów poczuło że można, bo wszystko jest w mózgu, nigdzie więcej. Owszem, kilbolki na kontrmanifestacji były prawdziwe, ale skoro nie da rady im główek naprawić, to może warto ich zignorować, chociaż raz w roku? Najważniejsze w maszerowaniu było dla mnie się samo wyjście do ludzi, spotkanie przy okazji Pań z Warszawy, wycałowanie Selliny de Melon, pokrzyczenie do Czaplickiej, posłuchanie jak Żona zasuwa na agogo oraz podładowanie moich baterii, a nie głoszenie postulatów. Tego oczekuję od poznańskiego marszu, któremu przydałoby się, po paru latach bezideowych, wyznaczenie jakiegoś celu. Łódź na razie nie postuluje, tylko afirmuje - poczepiam się ich za kilka lat. Tu filmik z przemarszu (samba jak zawsze najlepsza) A poniżej zdjęcie pod tytułem "Szara, brzydka i syfiasta trasa łódzkiego marszu". Kiłła i mogiłła, co nie?
piątek, 13 kwietnia 2012
Jej dzieje
Napisała do mnie Pani z Krakowa, informując o projekcie zwanym "Herstorie. O (nie)zwykłych kobietach." Ten projekt to nic innego jak blog współtworzony przez fundację Przestrzeń Kobiet i panie internautki, które zechcą się podzielić ze światem informacjami o ważnych, mądrych i ciekawych kobietach. Jak piszą jego twórczynie
Proste i genialne. Czym się różni historia od herstorii? Otóż, jak piszą panie na innej mądrej stronie, herstoria to
Zatem do klawiatur, drogie Czytelniczki Płci Wszelakich. Na pewno znacie mnóstwo świetnych kobiet, nie tylko z Waszego otoczenia (jeden z tekstów na blogu opowiada o Marilyn Monroe). Ja tez pewnie coś wybanglam w przypływie natchnienia.
wtorek, 10 kwietnia 2012
O babach i cudownej przemianie wina w dżem
Ostatnie tygodnie minęły jak z bicza strzeliła! Niby-wiosna a przy okazji zupełnie poważne wiosenne maksi porządki plus mini remont (wykonany przez przemiłego Pana Fachowca - gdyby wszyscy fachowcy działali tak skutecznie i słuchali Pink Floydów przy pracy, echhh) i jeszcze wielkanoc na dokładkę, uwieńczona wczorajszą wizytą u pieskowolskiego weta z powodu chorej kociej łapki. Porządki zrobione, podłoga nowa jest, jutro ją opijemy z Panem B., kocia łapka opatrzona przez weta i na razie nie odpadnie. Przy okazji wiosennych porządków pozbyłyśmy się z balkonu zalegających tam jabłek w ilości niemałej, bo trzynastu kilo. Jabłka były prezentem od jednego z niedoszłych absztyfikantów Pani Dyfuzji. Leżały sobie potulnie w skrzynce na balkonie od listopada, a my miałyśmy szczerą chęć przerobić je na wino jabłkowe, które jest dobre i tanie (zwłaszcza jeśli jabłka za darmo). Niestety, od samej naszej chęci alkohol jakoś się nie upędził. Skrzynka owoców stała sobie spokojnie na balkonie, a wokół niej tyle się działo: gęsi odleciały do ciepłych krajów, przyszła zimna, gwiazdka, nowy rok, spadł śnieg, stopniał, znowu spadł, znowu stopniał, przyszły sążniste mrozy, potem ocieplenie, gęsi wróciły zza morza - a jabłuszka trwały, tylko nieco straciły na urodzie. A kiedy wreszcie zabrałam się do robienia wina, jakoś odeszła mnie wena. Przypomniałam sobie, że baniak gruszkowego wina Pana B. zamienił się w tajemniczy sposób w baniak octu winnego, a jak wiadomo złej baletnicy przeszkadza nawet ocet kolegi. Zamiast wina wyprodukowałam dżem. Jabłkowy. Osiem naprawdę dużych słoików. Zanim zapakowałam ów przetwór do słojów, nieźle się z nim namęczyłam, jabłka bowiem mają tę złośliwą właściwość, że podczas gotowania pryskają, bulgoczą i wyrzucają kłęby jabłkowej lawy oraz pufają sobą na wszystkie strony. Po kilku godzinach gotowania kuchnia była pokryta jabłkowymi bryzgami w kolorze niemowlęcej kupy, ale za to znacznie milej pachnącymi. To był mój pierwszy i ostatni dżem jabłkowy, obiecuję. Bo dobra gospodyni bierze się za robienie przetworów już w marcu. A w zeszłą sobotę wyprodukowałyśmy dzielnie, Żona i ja, dwa mazurki i dwie baby drożdżowe. Mazurek kajmakowy doczekał się dekoracji z czekoladowych literek; początkowo Żona domagał się, by napisać na nim "Elba zostaje" albo przynajmniej "Eksmisje stop", ale ostatecznie zdecydowałyśmy się na cyferkowe ornamenty à la Tytus i banalne hasełko. No, prawie banalne. Jakby tego było mało, spod naszych pracowitych rączek i jeszcze pracowitszych mieszadeł miksera wyszły dwie puchate baby drożdżowe, z których żadna nie miała zakalca. Wygląda na to, że jak prawdziwe lesby umiemy obchodzić się z babami.
środa, 28 marca 2012
Biszkopt i Kotlet, braciszkowie
Tym razem nie będzie o działaczostwie ani o ratowaniu świata! (Czytelniczki Płci Wszelakich oddychają z ulga, generując powiew o sile 3 stopni w skali Beauforta). Będzie o zwierzaczkach. Otóż przy okazji wyjazdu do Warszawy na manifę Żona i ja zatrzymałyśmy się u Pani Wrrr i Pani Porceliny, do których, jak już tu pewnie kiedyś pisałam, trafił Biszkopt, czyli jeden z kociaków naszej wspaniałej Kity. Fajnie było go zobaczyć jako dorosłego kocurka. Co prawda nie wybiegł nam na powitanie z okrzykiem "Ciocia, ciocia!", ale też nie boczył się na nas jakoś specjalnie. Najdziwniejsze jest to, że skubaniec zupełnie się nie zmienił, oprócz tego że wyładniał. Jak był łobuzem i zabijaką oraz kotem-demolką, tak jest nim nadal. Tylko oczy z niebieskich jak u kociątka zmieniły mu się na bursztynowe, takie same jak ma Kita. Po matce rodzicielce odziedziczył też skłonność do mruczenia; ponoć mruczy nawet wtedy kiedy nadepnie mu się na ogon.
Niech Was nie zmyli jego niewinna minka i skromnie spuszczone oczęta! Tak naprawdę Biszkopt jest kawałem drania, a zdjęcie wśród kwiecia zupełnie nie oddaje jego osobowości. Więcej o charakterze Biszkopta mówi ta oto fotografia. Podrośnięty Biszkopt interesuje się tłuczeniem kota nr 2, czyli Migota, polowaniem, wpadaniem do wanny oraz makijażem. Z okazji naszego przyjazdu namalował sobie na grzbiecie czarną pręgę przy pomocy łańcucha od roweru - panie twierdzą, że zapewne usłyszał o dawnych elegantkach, które, jeśli nie było je stać na pończochy, malowały sobie na łydkach czarne kreski naśladujące szwy w pończochach. Wersja spoczynkowa kota prezentuje się następująco:
Brat Biszkopta, Kotlet, trafił do Pani Kurczaczek, a imię wymyśliła mu Tarantina osobiście. Jeszcze przed kocim porodem wymyśliła sobie, że przygarnie najbardziej nieszczęsną łamagę z miotu, no i wykrakała sobie. Kotlet, zwany początkowo Łaciatkiem, był najbardziej cherlawy z rodzeństwa (za to Biszkopt - największy i najsilniejszy). Jako ostatni zaczął widzieć, rósł najwolniej, bracia go tłuki a siostra na niego fuczała, bawił się samotnie szufelką, jedno oczko miał mniejsze i cały był jakiś taki biedny i nieszczęsny. O:
I ku mojemu i Żony zaskoczeniu z tej kupki nieszczęścia wyrósł dorodny, łowny (ze wskazaniem na jaszczurki) kocur o bursztynowych jak u Kity oczach i dumnym ogonie, który wcale nie jest już łamagą, a z domu rodzinnego wyniósł umiłowanie do pieców CO i skłonność do przebywania w kotłowni. Obecnie Kotlet wygląda tak:
(zwróćcie uwagę na elegancką obróżkę i tabliczkę w kształcie rybki, z wygrawerowanym imieniem "Kotlet" - sam szyk!) Teraz zaczynam rozumieć, co czuje hodowca zwierząt, który widzi, jak mieszają się różne geny i jakie cuda z tej mieszanki potrafią wychodzić.
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||